Zrozumiesz też, dlaczego reagujesz w określony sposób i poznasz mechanizmy, które Tobą rządzą. Poza terapią indywidualną możesz zdecydować się też na terapię grupową – podczas niej poznasz ludzi, którzy – tak samo jak Ty – borykają się z cierpieniem po rozstaniu, więc doskonale wiedzą, co właśnie przeżywasz.
Teraz Paweł zobacz poznaje taką kobietę, np. 1 miesiąc po rozstaniu i ona NIE CHCE – NIE JEST ZAINTERESOWANA, ale np. gdybym poznał ja “za pół roku” może była by zainteresowana i prowadząc znajomość zgodnie z Twoimi “wytycznymi” może by się rozwinęła. Miałem w zeszłym roku, takie 2 przypadki: - 2 dni po rozstaniu z
Na tym właśnie polega bycie przyjaciółmi . Toksyczna przyjaźń nie dość, że nie daje ci wsparcia, to jeszcze nie docenia dobrych rzeczy, które dzieją się wokół ciebie. 4. Chce rozmawiać przede wszystkim o sobie – koncentruje się na swojej osobie, swoich problemach i oczekuje, że cała uwaga będzie skupiona tylko na nim.
Milczenie po kłótni jest powszechnie znaną metodą radzenia sobie z konfliktami. Wszystko jednak zależy od tego, co naszego faceta najbardziej zmobilizuje do działania. Jeśli stoczyliście wojnę niemalże na śmierć i życie, to milczenie może pomóc uspokoić myśli i wyciągnąć sensowne wnioski na przyszłość. Mężczyzna, który
. Życie z osobą uzależnioną bywa bardzo trudne i niestety często kończy się współuzależnieniem. Bliskich często męczą wątpliwości - zostać razem czy odejść? Podjęcie terapii przez jednego z partnerów wiąże się jednak ze zmianami, które mogą prowadzić do rozpadu związku. O tym, jak pomóc uzależnionemu partnerowi, nie niszcząc relacji, rozmawiamy z Marią Chmielewską, psychologiem małżeństwa i rodziny, która pracuje z osobami współuzależnionymi. Anna Góra: Wyobraźmy sobie pewną kobietę. Jest mężatką od kilku lat, nagle orientuje się, że jej partner ma problem z uzależnieniem. Zastanawia się, co dalej. Kocha męża i nie chce go stracić. Czy jej związek ma szansę przetrwać? Maria Chmielewska: Tak, istnieje taka szansa, pod warunkiem, że przynajmniej jedno z nich rozpocznie zmianę, a następnie drugie podąży tym terapeutycznym torem. Jako pierwsza zwykle robi to kobieta. Jeśli zdoła przyznać przed sobą, że jej mąż ma problem z uzależnieniem, co destruktywnie wpływa na cały system rodzinny, że ona również jest uwikłana w jego chorobę i że sama nie da sobie z tym rady oraz zrozumie, że potrzebuje fachowej pomocy, np. uczestnictwa w terapii lub grupie osób współuzależnionych, to wówczas jest szansa, że zmieni swoje dotychczasowe nieefektywne schematy postępowania i związek przetrwa. Odpowiedzialność nie spoczywa jednak wyłącznie na jej barkach. Związek ma szansę przetrwać tylko wtedy, jeśli mężczyzna również zreflektuje się i rozpocznie zmianę. To jest bardzo trudne, i nierzadko bolesne, zadanie. Trzeba przyjrzeć się swojemu życiu z wielu perspektyw. Zmiana może jednak mieć swój początek w nowym, odmiennym postępowaniu kobiety. Jej działanie po prostu zwiększa szansę na uratowanie małżeństwa. Końcowy efekt zależy jednak od obojga partnerów. Więc nałóg rzeczywiście stanowi zagrożenie dla związku? Czy zależy to np. od rodzaju uzależnienia? Uzależnienie – niezależnie czy dotyczy substancji, np. alkoholizm, narkomania, czy czynności, np. hazard, pornografia w Internecie, seksoholizm – jest destruktywną siłą, niszczącą związek stopniowo od środka. Mechanizm uzależnienia jest zawsze podobny. W naszym kraju alkoholizm w dalszym ciągu jest dominującym uzależnieniem i poważnym problemem, dotykającym wiele rodzin. Przykładowo, uzależniony od alkoholu mężczyzna używa tej substancji do regulacji swoich przykrych stanów emocjonalnych. W toku swojej socjalizacji nie wypracował on konstruktywnych wzorców reagowania społecznego, posługuje się głównie manipulacją. W codziennym funkcjonowaniu stosuje mechanizmy obronne, takie jak system zaprzeczania i iluzji, racjonalizacja, system rozpraszania i rozdwajania własnego ja, nałogowe regulowanie uczuć, które to mechanizmy chronią jego dotychczasowy status quo osoby „legalnie” pijącej. On zawsze znajdzie powód swojego uzależnienia. Dlatego też swoim postępowaniem wpływa na relacje w domu. Często winą obarcza żonę, jej wygląd, zachowanie, cechy charakteru, niegospodarność, brak porządku w domu. Winą może też obarczać swoje dzieci, ich słabe oceny w szkole, kłopoty z zachowaniem. Bez winy nie pozostaje również pracodawca albo cały system polityczny. Problem w tym, że osoba uzależniona nie dostrzega winy w sobie i nie potrafi uznać, że tylko ona jest odpowiedzialna za swoje picie, tylko ona jest w stanie je zatrzymać, oczywiście z pomocą fachowców. Ponadto każdy z nas przeżywa niekiedy stany obniżonego nastroju. Szukamy wtedy różnych sposobów na poprawę nastroju. Pomocny może być spacer, sport, rozmowa z bliską osobą. Alkoholik widzi jednak wyłącznie alkohol jako środek zminimalizowania napięcia, przykrych uczuć. Uważa, że bez alkoholu jego nastrój będzie się tylko pogarszał. Tak więc alkohol nie służy poprawie nastroju w sensie rozweselenia, lecz służy złagodzeniu odczuwanej przykrości. Zdarza się też, że alkoholik miewa naprzemienne, skraje stany emocjonalne, począwszy od nadziei i zapału, że „gdy tylko zechcę wszystko mogę”, aż do totalnego załamania w obliczu kolejnych życiowych klęsk rodzinnych. Sięga więc po alkohol, aby „zapić” te uczucia, sięga po alkohol ze wstydu. Co zatem powinna robić kobieta, jak się zachowywać, aby pomóc partnerowi, a samej nie wpaść we współuzależnienie? Szeroko otworzyć oczy i przyznać przed sobą, że ma problem z mężem, że ich rzeczywistość rodzinna nie wygląda normalnie. Oczywiście taka refleksja nie przychodzi łatwo, wymaga emocjonalnego wysiłku. Mogą pojawić się łzy, uczycie goryczy, żal, pretensje do całego świata, pytania egzystencjalne typu „dlaczego mnie się to przytrafiło, dlaczego mój mąż jest taki, jaki jest”. Ważne, by w tym czasie kobieta pozwoliła sobie na doświadczanie tych przykrych emocji. By dała sobie prawo do łez, by na siłę nie starała się być silną. Drugi krok to przyznanie, że sama sobie nie da z tym rady i że potrzebuje pomocy. Trzeci krok to rekonesans dobrych pomocników – fachowców oraz rodziny i przyjaciół - osób, które profesjonalnie pomogą, np. w trakcie terapii oraz z bliskich, którzy dadzą siłę i wsparcie do konstruktywnej zmiany. Ważne, aby kobieta była konsekwentna w swoim postępowaniu, by raz zapowiedziane słowa znajdowały pokrycie w jej zachowaniu wobec męża. Czwarty krok to obrona siebie i dzieci, jeśli są w rodzinie, przed agresją i destrukcją ze strony męża i ojca. Może to oznaczać nawet drastyczne działania, z separacją i rozwodem włącznie. Jeśli kobieta doświadcza dodatkowo w związku przemocy, może starać się o eksmisję męża lub tymczasowe zakwaterowanie się w Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Tam sztab profesjonalistów pomoże jej poukładać sprawy w sensowną całość. Czasem niezbędne jest rozdzielenie, rozłąka małżonków tak, aby on mógł otrzeźwieć, zmierzyć się bezpośrednio ze skutkami swojego picia. Krok piąty to rozpoczęcie systematycznej i uczciwej pracy nad sobą, swoimi emocjami – pomocna będzie terapia indywidualna lub grupa wsparcia. Spotkania z osobami w podobnym kryzysie dają moc do działania i utwierdzają w przekonaniu o słusznie podjętej decyzji, chociaż ta decyzja może być bolesna. Dla kobiety niezbędna jest praca nad swoimi emocjami, nad wzmocnieniem poczucia własnej wartości, spotkanie z samą sobą, odnalezienie kontaktu ze swoimi pragnieniami, potrzebami i pasjami. Niezbędny jest kontakt z innymi pozytywnymi, dojrzałymi ludźmi. Jakie błędy popełniają najczęściej osoby współuzależnione, próbując ratować związek? Warto zaznaczyć, że istnieją również współuzależnieni mężczyźni - takich związków jest jednak znacznie mniej. W takich relacjach to kobieta jest uzależniona od danej substancji lub czynności. Mężczyźni jednak nie wpadają w syndrom współuzależnienia tak często jak dzieje się to w przypadku kobiet. Uwarunkowane jest to wieloma czynnikami natury psychologicznej oraz społeczno-ekonomicznej i może wynikać z paradygmatu patriarchalnego społeczeństwa. Jednym z błędów, jakie popełnia współuzależniona kobieta jest to, że nierzadko przechodzi ona samą siebie, stara się ponad miarę w obowiązkach domowych, dba o wychowanie dzieci, utrzymuje finansowo rodzinę, w sytuacji, gdy on straci pracę z powodu alkoholizmu, jednak jakimkolwiek swoim zachowaniem nie jest w stanie usatysfakcjonować męża. Ponadto kobieta popełnia błąd często ponosząc za swojego męża konsekwencje jego picia. Usprawiedliwia jego nieobecności w pracy, wyręcza go w obowiązkach, nie wymaga od niego odpowiedzialności i współuczestnictwa w utrzymaniu wspólnego gospodarstwa domowego, sprząta po nim jego wymiociny, płaci długi, a więc usuwa skutki jego uzależnienia. Takim zachowaniem pogarsza całą sytuację, gdyż stwarza mężowi komfort picia. Oboje są wówczas na równi pochyłej. Tak więc kobieta popełnia zasadniczy błąd, litując się nad mężczyzną. Myśli nieraz: „nie mogę go tak zostawić, jestem mu potrzebna, może mu się coś stać, nie będzie miał z czego żyć, muszę mu pomóc znaleźć kolejną pracę” itp. Otacza wokół niego tzw. parasol ochronny. Mężczyzna natomiast potrzebuje skonfrontować się ze skutkami swojego picia, inaczej nigdy się nie zreflektuje, gdyż żona zapewnia mu komfort picia. Nadodpowiedzialność kobiety jest dla niej pułapką, gdyż pogłębia jej poczucie winy. I co się wtedy dzieje? Mężczyzna z dnia na dzień w niezauważalny sposób staje się całym światem kobiety. Ona tak bardzo zafiksowana jest na spowodowaniu, aby on przestał pić, że zaczyna izolować się od otoczenia, pogłębia się w niej poczucie wstydu i zmieszania, czuje się nic niewarta, ma pretensje do siebie typu „gdybym tylko była inna… gdybym tylko umiała…” Kobieta traci kontakt z sama sobą, ze swoimi pragnieniami i potrzebami, nierzadko zaniedbuje dzieci, nie mając świadomości, że jest to droga donikąd. Mężczyzna natomiast zatraca siebie w uzależnieniu, traci zdolność racjonalnego myślenia i adekwatnego odczuwania, swoim zachowaniem sprawia żonie coraz większy ból. Ona zaraża się jego chorymi emocjami, jednak pomimo doświadczania cierpienia, nadal tkwi w tej relacji, nie potrafi się z niej uwolnić. I popełnia kolejne błędy. Takim błędem jest wielokrotne mu przebaczanie, zaczynanie od nowa, złudna nadzieja na poprawę ich relacji bez terapii. Kobieta czuje się tzw. „siłaczką”, uważa, że sama jest w stanie poradzić sobie z uzależnieniem męża. Nierzadko też próbuje również nadmiernie kontrolować swojego męża. Sprawdza ile, z kim, gdzie wypił. Szuka go po nocnych klubach, wyprowadza pijanego z lokalu. Wstydzi się za niego przed rodziną i znajomymi, podczas gdy przecież to nie ona powinna się wstydzić. Może to nie jest dobre porównanie, ale mąż musi sam wypić to piwo, które sobie nawarzył. Kolejny błąd to próba utrzymania związku za wszelką cenę, pomimo doświadczania cierpienia i krzywdy. Dzieje się to z różnych powodów – dla dobra dzieci, z powodów religijnych, dla samego faktu bycia z mężczyzną. Czasami pozostanie w destruktywnym związku jest dla niej warunkiem sine qua non. Taka imperatywna wizja życia we dwoje za wszelką cenę udaremnia konstruktywną zmianę. I jeszcze innym błędem jest… popełnianie tych samych błędów, to znaczy nieefektywne schematy reagowania, stale takie same, czyli np. awantury, groźby, złorzeczenia, straszenie odejściem, rozwodem i nie realizowanie tego… a więc brak konsekwencji. Takie zachowanie czyni z kobiety osobę niewiarygodną. Lepiej takie zachowania zamienić na jasno i krótko sformułowane oczekiwanie wobec męża z zapowiedzeniem konsekwencji w przypadku braku realizacji. Żona ma prawo wymagać od męża, natomiast krzyk, czy pretensje powodują u niego pogorszenie stanu emocjonalnego, który zwykle reguluje on alkoholem. Co zmienia w związku terapia uzależnienia? Przede wszystkim osoba uzależniona uzmysławia sobie, że straciła kontrolę nad piciem, że nie ma panowania nad własnym życiem, że swoim zachowaniem spowodowała wiele szkód w swoim otoczeniu. Ma szansę podjąć się zadośćuczynienia, czyli naprawić wyrządzone zło. Uczy się nowego spojrzenia na swoje życie i przepracowuje trudne doświadczenia z przeszłości. Uczy się identyfikowania, nazywania i konstruktywnego wyrażania swoich emocji. Poznaje metody efektywnej komunikacji interpersonalnej. Emocje – te przykre i te przyjemne – przestaje regulować alkoholem. Uczy się rozwiązywania codziennych problemów bez sięgania po alkohol. Jednak nie zawsze to się udaje. Nie zawsze osoba uzależniona, częściej jest to mężczyzna, znajduje w sobie tyle siły, żeby podołać temu wyzwaniu. Druga strona zresztą podlega podobnemu procesowi zmiany. Oboje mają szansę na nową jakość wspólnego życia. Mają szansę przestać wzajemnie się ranić i upokarzać. Mogą zacząć uczyć się konstruktywnie rozwiązywać problemy małżeńskie, efektywnie się komunikować, współdziałać dla obopólnego dobra, przejąć odpowiedzialność za wychowanie dzieci. Mówi Pani o samych pozytywnych zmianach… Czy więc proces terapii uzależnienia może prowadzić do rozpadu związku? Jeśli tak, to dlaczego? Czasem dzieje się też tak, że gdy mężczyzna się zmienia, kobieta nie potrafi funkcjonować w nowej relacji. Gdy ich małżeństwo nabrało nowej jakości, ona gubi się, bo przestają działać jej dotychczasowe wzorce zachowania, tj. np. nadodpowiedzialność czy nadmierna kontrola, z których dotychczas czerpała poczucie własnej wartości. Okazuje się wówczas, że małżeństwo nie przetrwa, bo kobieta nie potrafi funkcjonować w zdrowym układzie diadycznym. Jest jeszcze jedna możliwość. Otóż, zdarza się że w terapii kobiecie zależy wyłącznie na tym, aby mąż przestał pić. Gdy to marzenie się spełnia, ona znów narzeka, mówiąc, że on jest nie do wytrzymania, że zrobił się strasznie pedantyczny i chciałaby, żeby w końcu się napił. To oznacza, że mąż powinien nadal pracować nad pewnymi elementami swojego zachowania, nad poglądami i przekonaniami, które nim kierują. Może być też jeszcze inny powód, a mianowicie zdarza się, że kobieta orientując się, iż nie podoła konsekwencjom uzależnienia męża, gdyż jego zachowanie nacechowane jest przemocą, co dla kobiety jest tak bardzo bolesne i przytłaczające, że decyduje się ona na definitywne rozstanie z eksmisją męża z domu. Taką jej decyzję należy uszanować. Co więc może pomóc ocalić związek z osobą uzależnioną? Systematyczna i uczciwa praca nad sobą obojga małżonków. O tym dużo już powiedziałam. Podkreślę jeszcze, że ważna jest pomoc i wsparcie najbliższego otoczenia. Nie chodzi o przysłowiowe wtrącanie się, nie należy też robić parze tzw. niedźwiedziej przysługi radami typu: „nie bądź dzieckiem, nie wiesz, jaki jest mężczyzna, on potrzebuje czasem wypić, mężczyźni już tacy są, ciesz się, że on w ogóle chce z tobą być”. Społeczne przyzwolenie na picie, organizowanie wielu spotkań towarzyskich, czy biznesowych zakrapianych alkoholem również nie sprzyja „trzeźwieniu pary”. Ważne jest też działanie na kształt „społecznej kontroli”, czyli zdrowego wsparcia, „zmycia głowy” przez przyjaciela w sytuacji nadmiernego picia kolegi, szczere otrzeźwienie go. Pomaga też wyrażenie się o żonie w sposób pozytywny. Nieoceniona jest mądra, rozsądna pomoc rodziców i teściów, którzy również potrafią uznać problem swojego syna, zięcia i współpracować z córką, synową, nie obwiniając jej, nie odwracając się od niej. Potrzeba, aby rodzina stanęła po stronie kobiety i wymagała od syna bezwzględnego zaprzestania picia alkoholu i rozpoczęcia leczenia. Otoczenie odgrywa tu zasadniczą rolę, gdy konfrontuje oboje z rzeczywistością, ponieważ nie utwierdza ich w iluzorycznej pułapce. Czy ratowanie takiej relacji ma zawsze sens? Zawsze warto podjąć się tego trudu. Atmosfera domu rodzinnego uwikłanego w chorobę alkoholową jest napięta, pozbawiona elementarnego poczucia bezpieczeństwa. W takim domu nie mówi się o ważnych sprawach, nie rozwiązuje się wspólnie i otwarcie problemów, nie wyraża się swobodnie ważnych uczuć, manipuluje się komunikatami. W takiej rodzinie dzieci otrzymują komunikaty typu „bądź dzielny, bądź silny, nie pozwalaj sobie na słabość, nie niszcz dotychczasowego kruchego, rodzinnego status quo”. Dzieci otrzymują podświadomą informację „nie czuj, nie mów”, a więc nie wynoś na zewnątrz informacji o faktycznym zachowaniu ojca, „nie ufaj”, głównie dorosłym, „polegaj wyłączne na sobie, bo świat stanowi zagrożenie”. Dzieci pochodzące z rodzin dysfunkcjonalnych wykształcają w sobie mechanizmy obronne, polegające na pełnieniu destruktywnych ról społecznych. Wzorce tych zachowań przenoszą w dorosłość. W życiu zawodowym i osobistym przeżywają poważne trudności w satysfakcjonującym funkcjonowaniu. Nierzadko powielają schematy postępowania rodziców. Jeśli nawet wygasa miłość małżeńska, warto podjąć trud zmiany, choćby z uwagi na funkcjonowanie dzieci. Czy po terapii uzależnienia związek będzie taki sam? Najprawdopodobniej nie będzie i o to właśnie chodzi. Z doświadczania krzywdy, upokorzeń i permanentnej złości, smutku, osamotnienia ma szansę przewartościować się w relację partnerską, opartą na kooperacji, łagodnym, lecz stanowczym działaniu, ponoszeniu odpowiedzialności za siebie, a nie za drugą osobę. Związek ma szansę opierać się na jakościowo nowych, efektywnych elementach takich, jak: adekwatne wyrażanie emocji, konstruktywne rozwiązywanie problemów, poprawa wzajemnej bliskości i intymności, odnalezienie radości we wspólnie spędzanym czasie, działanie na rzecz obopólnego rozwoju. A co jeśli uzależniony nie chce się leczyć, a jego partnerka sama podejmie terapię współuzależnienia, czy to może pomóc w walce o jej relację? Zdecydowane tak, i zwykle tak się dzieje. Dlatego, że pozna inne osoby, które są w podobnej sytuacji, obniży swoje napięcie emocjonalne, znajdzie ukojenie, wentylowanie trudnych emocji, nauczy się nowych efektywnych schematów reagowania na picie męża. Rozpocznie proces swojego usamodzielniania emocjonalnego i nierzadko społeczno-ekonomicznego. Poprawi swoją relację z dziećmi i z bliskimi. Otworzy się na nowe, pozytywne znajomości. Otworzy się na spotkanie z samą sobą, dotknie swoich pragnień, przekieruje samą siebie z działania reaktywnego na proaktywne, pozna zachowania asertywne, podniesie swoje poczucie własnej wartości. Elementy te są podstawą funkcjonowania satysfakcjonującego związku. Czy zawsze będzie to miało pozytywny wpływ na związek? Często mówi się, że taka uzdrowiona żona już do męża nie wróci… Należy się spodziewać, że dobrze poprowadzona terapia będzie miała pozytywny wpływ na kobietę. Nie wszystko jednak zależy od niej. Powodzenie w małżeństwie, przetrwanie kryzysu to ich wspólna praca. Mąż również musi się zaangażować, zobaczyć swój problem oraz podjąć próbę zmiany. A jeśli osoba współuzależniona ani jej partner nie podejmą leczenia, czy mają szansę być razem? Wiele par pozostaje razem, nie podejmując leczenia. Niestety wtedy nadal doświadczają przykrych stanów emocjonalnych. Mężczyzna zatraca się w uzależnieniu, a kobieta jest wykorzystywana, doświadcza cierpienia. Jej tolerancja na krzywdę podnosi się, tak więc w ciągu kolejnych lat życia jest w stanie przyzwyczaić się, zaakceptować bardzo chory, wręcz patologiczny układ. Oboje zatracają się wówczas w obopólnej destrukcji. Jednak podjęcie terapii, nawet jeśli nie przyniesie w 100 procentach oczekiwanej zmiany, daje szansę na nową, lepszą jakość życia. Dziękuję za rozmowę! Rozmawiała Anna Góra. Mgr Maria Chmielewska - profilaktyk społeczny, socjoterapeuta, psycholog małżeństwa i rodziny, specjalizujący się w tematyce rozwoju człowieka oraz wychowania dzieci i młodzieży.
Pogódź się ze stratą Na początek warto wspomnieć, że emocje towarzyszące utracie ważnej i głębokiej relacji są na tyle ciężkie, że psychologowie traktują ten czas tak samo jak żałobę, która następuje po śmierci bliskiej osoby. W związku z tym możemy wyodrębnić 5 podstawowych etapów żałoby (wg. Elisabeth Kubler-Ross), a także pewne objawy, które wskażą nam, w której fazie aktualnie się znajdujemy: Zaprzeczenie – pojawia się zazwyczaj na samym początku, kiedy jeszcze nasz umysł nie przyjął do wiadomości, że nastąpiła tak ogromna zmiana w życiu, próbujemy wtedy przekonać wszystkich wokół i samych siebie, że na pewno wystąpiła pomyłka i pewnie za jakiś czas wrócicie do siebie. Gniew – jest wynikiem szukania przyczyn tego, co przeżywamy, pojawia się tu myślenie, że inni mężczyźni zachowywali się na pewno gorzej, mniej dbali o partnerkę, a jednak ich nikt nie opuścił, albo, że to ty tyle razy próbowałeś coś zmienić i naprawić, a jednak koniec końców zostałeś porzucony. Targowanie – to wyraz naszej chęci naprawienia tego, co się wydarzyło w mniej lub bardziej sensowny sposób – “jeśli zadzwonię do niej jeszcze 3 razy, to na pewno zmięknie jej serce i wróci do mnie” albo “zawsze lubiła twardych mężczyzn, będę żyć, jakby to wszystko po mnie spłynęło, wtedy zobaczy co straciła”. Depresja – związana jest z poczuciem braku sensu i motywacji do czegokolwiek, czujemy wtedy, że nie mamy już na nic wpływu, wydaje się nam, że jesteśmy beznadziejni i że w zasadzie, to należało się nam to rozstanie. Akceptacja – najczęściej uznawana jest za końcowy etap przeżywania żałoby, kiedy to godzimy się z sytuacją, czujemy, że nie zmienimy nic na siłę i pozostaje nam jedynie zaakceptować decyzję naszej ex oraz zacząć myśleć o swojej przyszłości. Poszczególne etapy mogą pojawiać się w różnych konfiguracjach, a wyjście z fazy gniewu nie oznacza, że za jakiś czas nie wkroczymy w nią ponownie. Niewątpliwym plusem jest jednak to, że niezależnie od fazy, którą aktualnie przeżywamy, możemy wciąż robić rzeczy sprawiające nam przyjemność, dające satysfakcję i lepsze samopoczucie. Pracuj nad sobą Wszystkie trudne emocje, które pojawiają się po rozstaniu, zazwyczaj są skierowane w nas samych. Uderzając w nas, osłabiają naszą wewnętrzną siłę, poczucie własnej wartości, sprawczości i atrakcyjności. Jednak nie musimy się temu poddawać. Złość, żal, rozczarowanie a nawet melancholia są świetną siłą napędową do realizacji naszych pasji czy celów. Nie tłum w sobie tych emocji, daj przyzwolenie na przeżycie ich. Jeśli masz ochotę krzyczeć, to krzycz. Jeśli chcesz ze złości zniszczyć coś – śmiało, znajdź bejsbol, idź w miejsce, w którym nie zrobisz sobie ani nikomu krzywdy i rozwalaj co tylko się da. Ekspresja tego, co przeżywasz pomoże ci poczuć ulgę i spokój. Zapewne od dawna miałeś marzenie, które bałeś się zrealizować. A może masz pasję, o której nie chciałeś dotychczas mówić nikomu? To dobry moment, by skupić się na nich. Sam możesz decydować, ile czasu im teraz poświęcisz, nikt nie będzie rozliczał cię ani z włożonego wysiłku, ani tym bardziej z efektów. Okres po rozstaniu to także dobry czas, by przyjrzeć się temu, czego nam brakuje w życiu. I w tym momencie wcale nie chodzi o bycie w związku czy posiadanie partnera. Skup swoją uwagę na tym, co uniemożliwia ci powiedzenie, że jesteś szczęśliwy. Być może potrzebujesz więcej odpoczynku i relaksu, a może przydałoby ci się spędzać więcej czasu wśród przyjaciół i rodziny. Wiele osób po rozstaniu wykorzystuje ten czas, by poznać siebie jako indywidualną jednostkę. To cenna lekcja. Dzięki temu w przyszłości będziesz wiedział, co zrobić, by pomóc sobie w najtrudniejszych momentach czy efektywniej funkcjonować w życiu towarzyskim. Bądź dla siebie dobry Nikt nie jest w stanie satysfakcjonująco funkcjonować bez odrobiny przyjemności w życiu. Mimo wyrzutów sumienia i złości postaraj się zrobić dla siebie coś dobrego. To może być wyjście do kina albo na koncert zespołu, który lubisz, przygotowanie sobie ulubionego posiłku, wycieczka w fajne miejsce, a nawet nowa gra na konsolę. W okresie obciążenia emocjonalnego bardzo ważnym jest docenianie siebie i dbałość o przyjemności. Uwaga, bywa, że ktoś chcąc uciec od przykrej rzeczywistości w rozstaniu, trudnych emocji, poczucia opuszczenia zaczyna zbyt intensywnie zażywać substancje, pić alkohol albo wykonywać inne nałogowe czynności takie jak jedzenie, masturbacja, granie czy nawet zakupy. Bądź czujny i jeśli ktoś z bliskich zwróci ci uwagę lub powie, że martwi się o ciebie z tego powodu, nie atakuj go i spróbuj przeanalizować jego argumenty. Jeśli poczujesz impuls, że za dużo czasu i energii poświęcasz takiemu zachowaniu, postaraj się je ograniczyć lub zwróć o pomoc do specjalisty. Pomocne może się okazać wprowadzenie nowych, sprawiających nam radość zachowań, pasji czy nawyków. Uczenie się życia na nowo po zakończeniu związku porównywane jest czasem do nowego poznawania świata przez alkoholików lub narkomanów w abstynencji. Jeśli zostaje nam odebrane coś, co sprawiało radość i dawało szczęście, to nasz organizm będzie się domagał wprowadzenia substytutu, który także uruchomi nasz ośrodek przyjemności w mózgu. Pomyśl, jakie nowe nawyki możesz wprowadzić do swojego życia, by częściej sprawiać sobie radość. Osoby rzucające palenie zamiast papierosa chwytają za cukierka lub wykonują kilka ćwiczeń fizycznych. Inni słuchają w trudnych momentach ulubionej piosenki, która wyzwala w nich poczucie zadowolenia. Sam nie znaczy samotny Nawet jeśli opuściła cię najbliższa osoba w twoim życiu, a przy okazji zabrała ci dzieci, masz na pewno wokół siebie ludzi, którzy chętnie spędzą z tobą czas i pomogą ci w razie potrzeby. W tym bardzo trudnym okresie warto umieć korzystać ze wsparcia siatki społecznej. Zadzwoń do brata albo do przyjaciela i spędź z nimi trochę czasu. Możliwe, że jest ktoś, od kogo odsunąłeś się w ciągu ostatnich lat czy miesięcy. To dobry moment, by odnowić kontakt. Nowe bodźce dostarczone dzięki relacjom z innymi ludźmi odwrócą twoją uwagę od problemu, co pozwoli ci odetchnąć, złapać dystans a może i inspirację do tego, jak chciałbyś, by dalej wyglądało twoje życie. To nie wstyd prosić o pomoc Bywają jednak takie momenty, gdy samemu bardzo trudno jest poradzić sobie w kryzysie. Niezależnie od wieku, liczby doświadczeń życiowych czy zaradności. W tych chwilach warto pamiętać, że zawsze można zwrócić się o pomoc do specjalisty. Nie ma w tym nic złego, że dorosły, odpowiedzialny facet potrzebuje wsparcia, by przetrwać bardzo trudny dla niego czas. Pamiętaj, że wiele osób przechodzi dokładnie to samo co ty, ale pomaga im rozmowa z terapeutą czy psychologiem. Istnieje wiele możliwości skorzystania ze wsparcia. Możesz umówić się na wizytę w gabinecie, ale jeśli uważasz, że to nie dla ciebie, spróbuj konsultacji online. Na przykład na platformie możesz wybrać jednego ze sprawdzonych specjalistów, opłacić sesję, usiąść w fotelu z laptopem na kolanach i chwilę później rozpocząć rozmowę. Psycholog pomoże ci uporządkować to, co aktualnie przeżywasz oraz znaleźć sposoby, które pomogą pokonać aktualne trudności, a nawet osiągnąć konkretne cele. Być może twój stan jest na tyle poważny, że niezbędna będzie konsultacja psychiatryczna i wsparcie farmakologiczne. To nie znaczy, że nagle stajesz się osobą chorą psychicznie. Po prostu masz problemy, które łatwiej i szybciej pokonasz z pomogą leków stabilizujących twoje samopoczucie. Wszystko przed tobą Okres po stracie bliskiej osoby jest zawsze trudny. W jednym momencie, nawet jeśli jest niezbyt kolorowo w naszej relacji, to czujemy, że mamy oparcie w kimś, a w następnej zostajemy pozostawieni sami sobie. Nasza przyszłość nagle staje się niewiadomą i raczej nie maluje się w jasnych, pastelowych barwach. To jednak nie koniec. Największą kopalnią siły, wytrwałości i wpływu na twoje życie masz ty sam. Niezależnie od tego, czy jesteś w związku czy aktualnie jesteś singlem możesz się spełniać, rozwijać, być szczęśliwym i czuć satysfakcję z życia. Ból, złość i brak pewności miną, wystarczy tylko dać sobie trochę czasu. Magda Kocaj Psycholog, terapeuta Wejdź na FORUM! ❯
11 lip 20 17:00 Ten tekst przeczytasz w 7 minut "Bez względu na to czy jest to drogi zegarek, czy piękna biżuteria - pierwszą rzeczą, którą należy zrobić po rozstaniu to pozbyć się wszystkiego, co kiedyś dostaliśmy od byłego partnera i co ma z nim jakikolwiek związek. Przechowując rzeczy od byłych, będziesz dłużej leczyć złamane serce" - oto najczęstsze rady udzielane na portalach internetowych szukających odpowiedzi, jak się pozbierać po rozstaniu. Czy jednak na pewno jednoznaczną odpowiedzią na rozstanie jest: wyrzucić wszystko, co pozostawiła po sobie ta druga osoba? Foto: Shutterstock Pierwsza rzecz, którą należy zrobić po rozstaniu. Inaczej złamane serce będziesz leczyć zbyt długo Wyrzucanie rzeczy z zemsty, z gniewu czy z żalu nic nam nie da. Po to, żebyśmy byli naprawdę wolni, musimy paradoksalnie zostawić miejsce dla tej osoby w sercu i podziękować jej za czas, który spędziliśmy razem. Nawet jeśli to jest mąż, który nas zdradził lub żona, która nas zostawiła. Symbolicznie takim podziękowaniem jest zostawienie sobie jakiegoś przedmiotu po niej/nim. Najważniejsze, żeby akt wyrzucania rzeczy po odchodzących nie był aktem pozbywania się, bo wtedy paradoksalnie więź jest tym silniejsza i tym mocniej trzyma nas przy tej osobie. Tak naprawdę, te dwa kierunki tylko pozornie się wykluczają, w gruncie rzeczy one się po prostu uzupełniają. - Pamiętam świetne zdjęcie z Bułgarii: my razem na plaży i zachód słońca. I jeszcze takie: bitwa na gałki lodów w kawiarni. Już nic z tych zdjęć nie zostało. Wyrzuciłam wszystkie. Szkoda, takie fajne były - wzdycha Gosia (18 lat) rok po rozstaniu z chłopakiem, z którym była dwa lata. - Następnym razem, chyba dam takie rzeczy na przechowanie przyjaciółce. No bo teraz… fajna pamiątka by była. Może już nigdy do Bułgarii nie pojadę… Teraz jestem już z kimś innym, a i on też szczęśliwie zakochany. - Obrączki nie mam. Tak (pokazuje ruchem ręki Halina, 60 lat) wszystko leciało przez okno. Obrączka pierwsza, pierścionki, trzy, cztery, łańcuszek… Wszystko co mi dał - w śnieg. Nie wiem, po zimie może ktoś znalazł. Czy tego żałuję, po tylu latach? Bardzo… Najbardziej obrączki. Nie pamiętam też, żebym poczuła wtedy jakąś ulgę. On parę lat temu zmarł, mój były mąż. I teraz tak sobie myślę, że chciałabym mieć tę obrączkę. Bo on swoją zatrzymał. I jest z nią pochowany. Mimo że 15 lat po rozwodzie. - Kiedy się Michał wyprowadził, dużo jego rzeczy jeszcze zostało w domu - wspomina Katarzyna (32 lata). - Przyjechała mama i powiedziała: "zostaw, teraz sama musisz się pozbierać, nie zajmuj się tym". Co mogła, to pochowała. Jakieś jego drobiazgi z łazienki, żeby mi się nie rzucały w oczy. Ale jego stary płaszcz zimowy został. Czasami, po ostrych atakach płaczu, jak idiotka przytulałam się do niego, szukając w nim zapachu Michała. Nieważne, że mnie skrzywdził, że nie zasłużyłam na to, co zrobił. Wtedy, w takiej słabości liczył się tylko ten płaszcz. Wiem, że to było bez sensu. Ale wisiał. Do końca zimy, potem przez całą wiosnę i dłużej. Rodzina mówiła mi raz po raz: "wyrzuć go, niech on ci się tak nie pcha w oczy zaraz na wejściu". Wieczorami, kiedy widziałam go z salonu, jak dawniej, jakby Michał był w domu - robiło mi się lżej. I tak minął prawie rok. Rok moich starań, żeby się pozbierać. Znalazłam stałą pracę, odświeżyłam zaniedbane w ciągu 10 lat małżeństwa znajomości, skończyłam drugie studia, zdałam zaległy egzamin na prawo jazdy, a płaszcz wisiał. Z czasem wracając do domu, coraz słabiej odczuwałam to ukłucie bólu na jego widok. Z domu znikały resztki rzeczy Michała, ale nie płaszcz. Aż po prawie roku, wróciłam ze znajomymi do domu, po zdanym egzaminie na prawo jazdy, żeby świętować. Zaczynała się jesień, przyjaciele zdjęli więc palta i kurtki, no i nie było miejsca na wieszaku, więc mechanicznie, nie namyślając się wiele, zdjęłam stary płaszcz Michała i wrzuciłam na pawlacz jednym ruchem. "No - macie miejsce, wieszajcie!". Po chwili, dotarło do mnie, że to nie był już TEN płaszcz, płaszcz Michała, to po prostu był stary, zawadzający mi w obecnym życiu płaszcz, przez którego moi znajomi nie mogli powiesić swoich kurtek. W ten wieczór świętowałam coś więcej niż zdany egzamin na prawo jazdy. Świętowałam swoją wolność. Następnego dnia zadzwoniłam do Michała i spytałam go: "Co mam zrobić z twoim starym płaszczem. Idzie zima, chcesz go czy wyrzucić?". - Jak Feniks z popiołów - śmieje się Alina (28 lat). - Odrodziłam się. Nie, nie zostawiłam sobie niczego po nim. Nic z wyjątkiem tego - Alina odsłania brzuch na którym mieni się ognisty ptak. - Wiedziałam, że się odrodzę tylko tak: budząc się codziennie rano widziałam go na swoim brzuchu. Feniks rozpościerający skrzydła do lotu i wtedy mówiłam sobie: "musisz wstać". Poradzisz sobie dzisiaj. I wstawałam. Gdyby nie ten tatuaż… Nie wiem, czy dałabym radę. To nawet nie był ból, z którym walczyłam. Bardziej dokuczał mi bezsens robienia czegokolwiek w życiu, w którym nie ma jego. Jedynie widok tego ptaka - dla mnie symbolu, że dam radę jeszcze cieszyć się życiem, dawał mi siłę do walki o moją codzienność. Nie, nie mogłam sobie po prostu kupić obrazka na ścianę czy zrobić tapety na laptopie. Ja tego Feniksa musiałam mieć na sobie - to był mój sposób. Marek (lat 52) ma inny problem. Z rzeczami po niej już dawno się uporał, usuwając wszystko. Ale jest coś, czego fizycznie nie może wyrzucić. Marek nie chodzi do miejsc, gdzie bywał z nią. Praktycznie nie chodzi już teraz nigdzie w swoim mieście. Chcę się umówić z nim na wywiad, więc proponuję kawiarnię. - Ta kawiarnia - nie, nie tam. Zanieczyszczona. - Jaka? - pytam. - Tam po raz pierwszy powiedziałem jej, że ją kocham. - W parku? Też nie. - Zanieczyszczony. Tam pamiętam siedzieliśmy na ławce i było nam tak dobrze… Marek przestał chodzić na basen - bo chodzili tam razem. To kino - też nie, bo było ich ulubionym. - Kiedyś - mówi - kiedyś, jak już zapomnę, umówię się z kimś, na kim mi będzie zależało i odczaruję wszystkie te miejsca. Ale na razie, nie chcę tam chodzić sam. Z jej rzeczami poszło łatwo, ale tych miejsc... Pamięci o nich nie mogę się pozbyć. Dr Izabela Kopaniszyn, psychoterapeuta ds. rodziny, uważa, że ludzie tacy, jak pan Marek dalej tkwią w związku. - Czasami można wszystko z domu wyrzucić po tej osobie - mówi Kopaniszyn - ale dalej się jest z nią w związku. Jeśli pozbywamy się rzeczy po byłym/byłej w akcie zemsty, gniewu czy zranienia i nie po to, żeby otworzyć się na nowe, to tym bardziej te wszystkie rzeczy będą do nas wracać w postaci wspomnień, podobnych zdarzeń. Często moi pacjenci pytają: "Dlaczego nie mogę tyle lat po rozstaniu związać się z kimś, co ze mną jest nie tak?". Jedyne co jest nie tak, to to, że ty jesteś ciągle w związku z tamtą osobą. Że ona jest zbyt mocno obecna, często negatywnie, w postaci żalu, poczucia niesprawiedliwości. A inni ludzie to od razu wyczuwają. Można powiedzieć, że duchy z przeszłości - widać, słychać i czuć. - Po śmierci Emilki, miesiącami nie byłem w stanie ruszyć niczego z jej rzeczy - opowiada Paweł (54 lata). Przyszła córka, posprzątała trochę, spytała się: "Tato, co zrobić z rzeczami mamy?" - nic nie odpowiedziałem. Wiec pochowała takie najbardziej widoczne, jak Emilki kapcie z przedpokoju czy jej rzeczy z wieszaka. Wstawiła wszystko do jej pokoju, pokój zamknęliśmy i cześć. I tak przez rok. Co znalazłem potem w reszcie pokoi, co należało do niej, buch do tego pokoju i na klucz. Aż po roku doszedłem na tyle do siebie, że sobie myślę - dość. Siostrzenica miała przyjechać na studia do mojego miasta, rodzina uznała, że to świetny pomysł, jak chwilowo zaczepi się u mnie. No, ale pokój trzeba było posprzątać. Więc odważnie klucz przekręciłem i zabrałem się do roboty. Córka chciała przyjechać mi pomóc, ale powiedziałem: "Nie, dam radę". Puściłem sobie miłą muzykę, nie snułem wspomnień, nie rozpamiętywałem. Nic. Kiedy opróżniałem szafę, nagle znalazłem jej włos. Na kapeluszu. Totalny przypadek. Nie dałem rady. Zamknąłem drzwi z powrotem na klucz. Zadzwoniłem do takich ludzi, co wywożą wszystko. Przyjechali następnego dnia. Otworzyłem drzwi do pokoju i mówię: "Wszystko. Weźcie wszystko". I kiedy zabierali się do pracy, ja wychodząc z domu, bo nie mogłem być przy tym, rzuciłem ostatnie spojrzenie na to, co robią. I zobaczyłem na jej biurku cukierniczkę. Starą, rodzinną pamiątkę, którą tak lubiła i woziła ze sobą wszędzie, nawet jak jechała na urlop. Nie myśląc wiele, sięgnąłem ręką i wziąłem wieczko tej cukierniczki. Wyszedłem z domu. Chodziłem po ulicach z tym porcelanowym wieczkiem w kieszeni i myślałem, po co mi ono. Ale nie wyrzuciłem. I mam je. I też, tak samo jak ona, gdziekolwiek nie jadę, to biorę je ze sobą wszędzie. I jest mi z tym dobrze. Dr Kopaniszyn uważa, że w sytuacji odejścia osoby (czy to wyprowadzki, czy to śmierci) kierunki działania są dwa. - Symboliczne pozbycie się rzeczy po odejściu osoby, może nas wyzwolić, oczyścić przestrzeń wokół nas, a w przypadku śmierci bliskiej osoby, nie dopuścić do stworzenia dla niej ołtarza poprzez gromadzenie jej rzeczy wokół siebie. Drugi kierunek, również bardzo słuszny, nakazuje nam zostawić sobie coś po drugiej osobie, tak żeby jej nie wykluczyć z naszego życia na zawsze, bo tego się po prostu nie da zrobić. Wyrzucanie rzeczy z zemsty, z gniewu czy z żalu nic nam nie da. Po to, żebyśmy byli naprawdę wolni, musimy paradoksalnie zostawić miejsce dla tej osoby w sercu i podziękować jej za czas, który spędziliśmy razem. Nawet jeśli to jest mąż, który nas zdradził lub żona, która nas zostawiła. I symbolicznie takim podziękowaniem jest zostawienie sobie jakiegoś przedmiotu po niej/nim. Najważniejsze, żeby akt wyrzucania rzeczy po odchodzących nie był aktem pozbywania się, bo wtedy paradoksalnie więź jest tym silniejsza i tym mocniej trzyma nas przy tej osobie. Tak naprawdę, te dwa kierunki tylko pozornie się wykluczają, w gruncie rzeczy one się po prostu uzupełniają. Imiona bohaterów zostały zmienione Data utworzenia: 11 lipca 2020 17:00 To również Cię zainteresuje
Miała 21 lat, a na dupie dobrze skrojone czarne rajstopy. Stała przed lustrem wykonując ostatnie szlify swojej grubo zarysowanej brwi. Szklana tafla zdradzała amarantowy odcień jej szminki, który świetnie współgrał z kasztanową grzywką. Mogła podobać się facetom, nie tylko tego wieczoru. Nie tylko tyłem. Wiecie, takie mocne 7/10, za które faceci płacili w maku, wiedząc, że i tak z tego nic nie będzie. Szykowała się na spotkanie z kolesiem, którego poznała na Tinderze. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że odkąd ją znałem, to powtarzała, że to aplikacja dla desperatek, a jej jedyny kontakt z nią ogranicza się tylko do bekowego przewijania naiwniaków – podczas wizyt u przyjaciółek. Najwidoczniej tego wieczoru zmieniła zdanie. I choć miała prawo szukać księcia, bo ostatni rycerzyk, któremu poświęciła minione 2 lata skończył w dupie jakiejś blondyny, to powtarzałem jej, że to nie jest najlepszy pomysł. Facet z aplikacji miał na imię profil? Tylko trzy zdjęcia. Pierwsze, to zwykła profilówka, niebieska koszulka z dobrze znanym konikiem, modnie ułożona fryzura i uśmiech jak u aktora z młodzieżowych seriali. Drugie chyba z ulic Bangkoku – strzelane z kijka, bo w dłoni trzyma drinka podanego w skorupie po kokosie. Ostatnie zdjęcie na sportowo z jakiegoś Warszawskiego biegu – wygrał, zawsze wygrywa, przynajmniej tak o sobie pisał. Niby nic, zwyczajny facet z fajnymi zainteresowaniami, z którym łączyły ją książki Nicholasa Sparksa, Filip Chajzer i Uniwersytet Warszawski. W tym momencie przerwałem pisać ten wpis, było to z dobre 7 miesięcy temu. Siedem długich miesięcy temu, podczas, których moje dłonie drapały mnie po jajach, pisały kolejne notki, wiązały sznurowadła, wyciskały sztangę i pociągały za spłuczkę od kibla. Nadal wierzycie, że jestem interesujący? Dziś jest mi dane kończyć ten wpis – domyślam się, że chcecie zapytać co u Natalii? Jakoś leci – nie przesiaduje już na Tinderze, skupiła się na studiach, uczy się francuskiego i chodzi na wieczorne zajęcia z i bym zapomniał – nienawidzi facetów. Tomek, okazał się fiutem, którego głównym zainteresowaniem nie był marny prezenter z TVNu czy kobiece romansidła Sparksa, a obracanie naiwnych cipko-dupci. Natalia przekonała się o tym po miesiącu intensywnej znajomości, kiedy to podczas jednego z wieczorów jej psiapsiuła odnalazła go ponownie w randkowej aplikacji. On zaś twierdził przez cały czas ich związku, że skasował konto, bo nie jest mu potrzebne do szczęścia nic poza nią. Mimo to nie zniechęciła się i po niewiernym Tomaszu byli następni. Darek, fotograf z dużym, który kochał podróżować. Lecz jemu również szybko odwidziało się bycie tym jedynym i zerwał z nią zaraz po ich pierwszym razie – ostatnim co usłyszała przed tym jak strzeliła go w pysk było “związek, to nie jest to czemu chcę się teraz oddać. Życie jest zbyt interesujące, aby bawić się w dom”. Maciek, sprzedawca w salonie Peugeota (wielkość członka nieznana), z którym mogłaby być pomimo tego, że miział po cycku niczym niedoświadczony licealista. Niby miły, wygadany intelektualista w markowych okularkach, który również sprytnie wywinął się ze znajomości, wymyślając pretekst, że ma tyle pracy, iż nie da rady angażować się w związki – “Nie chcę Cię ranić, nie będziesz przy mnie szczęśliwa, zasługuje na kogoś lepszego. Odejdź”. I jeszcze kilku innych gości, którzy nazywali ją płatkiem śniegu, rysowali uśmiech na twarzy i komplementowali włosy oraz sukienkę. Drogie dziewczyny,z racji tego, że na Tinderze nie znajdziecie inteligentnego, przecudnego i zabawnego pismaka, którego nazwisko zaczyna się na K, a kończy na S, to dajcie sobie spokój z randkowaniem przez neta. To dobra rada starszego kolegi, który w dawnych czasach był jednym z takich gości. Statystycznie raz w tygodniu utwierdzacie mnie w moim podejściu do tematu – bo zazwyczaj co tydzień jest mi dane koić wasze złamane przez Tinder serca i pupy. I zaufajcie mi, jestem facetem, a więc potrafię myśleć jak facet. Nie ma nic prostszego jak rwanie loszek przez telefon – i kolesie doskonale zdają sobie z tego sprawę, a na domiar złego znają wasze oczekiwania i potrzeby, więc doskonale wiedzą co napisać i jak to zrobić, abyście, w krótkiej perspektywie czasu jedli samcze sushi z ich majtek. Przestańcie wierzyć we wszystkie piękne love story waszych koleżanek, które znalazły tinderowskiego księcia na białym koniu. Owszem, być może się udało, ale te koleżanki zazwyczaj już nie chwalą się tym jaka była cena dotarcia do królewskiej znajomości. Ile bezmózgiej męskiej ignorancji trzeba było przegrzebać, z iloma prostakami, chamami i nudziarzami przyszło pić im kawę, a ilu oddało się seksualną satysfakcję. Wiecie co mówi większość moich kumpli, którzy bawią się w “idealnych” panów z Tindera? Że to kopalnia panienek z odzysku, które są najlepszym i najłatwiejszym celem. I mają rację, bo jeśli już mamy generalizować, to większość kobiet na Tinder trafia z dwóch powodów. Są w długotrwałym związku z ciepłym misiem, który już dawno przestał o nie zabiegać/adorować i zaczął zachowywać się tak jakby miał wyjebane na życie i ich związek. Takie lasie ściągają na Tindera, bo mają świadomość, że mimo swoich bezsensownych związków nadal są fajne, ładne, zgrabne i mogą się podobać. Przybywają bo chcą się poczuć docenione i skomplementowane – pragną męskiego zainteresowania, uwagi i poczucia własnej wartości. I gdy dostaną to wszystko, to w zamian oddadzą cipkę jednemu czy drugiemu facetowi, który był miły. I to wszystko tylko po to, aby później potulnie wrócić do “ukochanego” i sprawdzonego misia – bo kochanek nie chciał zbyt długo bawić się w dom. Drugie grupa to dziewczyny, które przybywają, ponieważ facet okazał się zdradliwym palantem. Jedną z nich była wspomniana wyżej Natalia, która chciała zrzucić na kogoś lizanie ran po jej nieudanym związku. Ile takich Natalii uśmiecha się codziennie do telefonu, nieświadome tego, że facet, z którym flirtują po prostu chce je przelecieć? Niestety, tamci kolesie w dużej większości są idiotami bez powodzenia. I jeśli trafi Wam się ich przeciwieństwo, to podniecone i rozkochane zawierzacie w fałszywe maski gości, którzy reprezentują nurt osób, które nie chcą stabilnych więzi, a raczej stabilnego, niezobowiązującego ruchania. Nóż otwiera się w mojej kieszeni, kiedy słucham swoich kumpli – bo potwierdzają, że liczba porządnych i poukładanych dziewczyn zaliczających się do tej grupy jest zatrważająca. Faceci z Was korzystają. Jesteście jak ławica dryfujących cycków, która ślepo płynie w kierunku męskiej atencji – a my korzystamy i wyławiamy Was garściami. I nie mam Wam za złe (choć współczuje, że nie wyłapujecie tych wszystkich na kilometr śmierdzących męskich gierek), bo wiem, że niesie Was nadzieja na odnalezienie tego jedynego. Presja społeczna, upływający czas, doskwierająca samotność czy instynkt macierzyński – chcecie złapać i okiełznać faceta, ale dlaczego już po kilku dniach rozmowy pchacie się na spotkania z ludźmi, których ideał dopowiedzieliście sobie same? Idealizujecie kolesi, których charakteryzuje kilka wyphotoshopowanych zdjęć i chwytliwe (jak dla mnie mało wyszukane, zerżnięte z neta) opisy. Uznajecie ich za interesujących i jesteście łase na każde miłe słówko – “bo mnie docenił”, “rozśmieszył”, “bo był w równie bezsensownym związku”, “bo pragnie miłości”, “bo został zraniony”- wyrachowany facet sprzeda Wam każda bajeczkę, na którą czekacie. Wiecie jaki Natalia miała opis o sobie?“Nie jestem wszyscy, nie jestem każda.” A prawda jest taka, że była jak wszystkie, bo była jak każda naiwniara, który wierzyła w swoją wyjątkowość potwierdzoną przez randomowego Romana. Nie ma sensu leczyć kompleksów i budować swojej wartości na kolesiach, którzy chcą doładowywać Wam telefony, jeździć z Wami na wakacje i do hotelów. Szukanie miłości na Tinderze jest jak szukanie złota w szambie – kiedy wydaje się, że właśnie je znaleźliście, okazuje się, że jest to tylko niestrawiony archaidowy orzeszek, który niemiłosiernie śmierdzi – z tym, że często dostrzegacie to po czasie. Facet, który chcę uwodzić kobiety, doskonale wie, że musi być interesujący, pociągający i dobrze ubrany – to wszystko buduje twój błysk w oku, reszta to już tylko dokarmianie twojej idealizacji historyjkami, które chcesz usłyszeć. Dziś każdy chce stwarzać jak najlepsze wrażenie – takie czasy. Prześcigamy się w stwarzaniu pozorów (interesujące pasje, praca, życie) i pożeraniu cudzej aprobaty, lecz ostatnim co powinniśmy przy tym oddawać jest zaufanie. Podejrzyj w nowej zakładce 69,913 osób przeczytało
dlaczego facet pije po rozstaniu